Górki po Górkach, czyli Śmigus-dyngus na zgrupowaniu

Tego dnia mieliśmy mnóstwo czasu wolnego, pewnie po to, żeby móc zrobić wielką bitwę.</p>

Niektórzy wstali wcześniej, by przygotować broń wodną na popołudnie jeszcze przed rozruchem oraz, żeby przetestować ją na śpiących kolegach z pokoju.

Rozruch, śniadanie, trening na wodzie, obiad i walka miała się rozpocząć. Cały dzień ustalano zasady i nazwę (skończyło się na „Call of Water”). Ustalono profesje – w każdej drużynie (trzy osobowe pokoje) był zwiadowca (w mojej drużynie Michał), nosiwoda (ja) oraz szturmowiec, który zamiast atakować tylko bronił, ponieważ obraziłby się gdyby go nazwać zwykłym żołnierzykiem. Ja miałem plecak i nosiłem wszystkie butelki z wodą drużyny (ok. 7 małych i jedna duża).

Było dużo zasad, ale wynikła z tego tylko awantura. Ja chciałem bawić się każdy na każdego, ale „komandosi” chcieli bawić się na jakieś flagi jak w ich grach komputerowych, w które nie mogę grać.

Po rozpoczęciu gry moja drużyna złamała zasady (ja miałem stać przy „bazie” i czekać – nic nie zrobiłem, ale „drożyna to jedność”). Kiedy powrócili do mnie trzymali jakiś plecak. Należał on do nosiwody przeciwników. PO CO wzięli pusty plecaczek? Nie wiem, ale oczywiście oberwałem za złamanie przepisów za nich obu! Pokryli się gdzieś, a ja zostałem oblany z butelki bez korka pod pretekstem „Jak wy łamiecie zasady to my też!”

Kiedy naszym wrogom skończyła się amunicja, szczelili focha i poszli do pokoju. Moja drużyna gdzieś się wybrała, kazała mi zostać, a potem zawołali mnie jak byli 100m dalej. Poszedłem za nimi z flagą i ich zgubiłem, ale znalazłem Karolinę i Olę, które nas obserwowały. Następnie odnalazłem moją drużynę i zaczęliśmy się lać z jedną zasadą „Trzeba mieć korek na butli”.

To było fajne i to był jeden z najfajniejszych dni na zgrupowaniach nie licząc przygód z dawnych lat, jak np. w Pucku w 2009, kiedy to na stadionie koledzy zgubili klucz… lecz może opowiem o tym kiedy indziej…

Dodaj komentarz

Adres elektroniczny nie będzie publicznie widoczny.

*

*